Gdyby polski MMA miało swoją własną bajkę o Kopciuszku, to Mateusz Rębecki z pewnością byłby jej głównym bohaterem – z tym że zamiast pantofelka nosiłby rękawice, zamiast wróżki miałby trenera, a na balu tańczyłby wołowiną prosto w twarz przeciwnika. Pochodzący ze Szczecina zawodnik od lat przebija się przez kolejne szczeble kariery niczym Pudzian przez ściany w Familiadzie. Dziś na tapet bierzemy aktualne informacje, rezultaty i świetlaną karierę człowieka, który w oktagonie zostawia serce, pot i przeciwnika na macie.
Od plaży w Świnoujściu do oktagonu w Las Vegas
Choć jego medialny przydomek „Rebeasti” brzmi jak ksywka Marvelowskiego superbohatera, to Mateusz Rębecki nie wyssał talentu z mlekiem matki. To hours and hours of grind, jak mawiają w Stanach. Kariera „Rebeastiego” zaczęła się niepozornie – od jiu-jitsu, które z czasem przerodziło się w miłość do mieszanych sztuk walki. Po latach w federacji FEN, gdzie zdobył pas mistrzowski w wadze lekkiej i bronił go jak smok swojego skarbca, Rębecki wypłynął na szerokie wody.
Jego życiowe „dawaj do przodu” zaprowadziło go aż na amerykańskie salony UFC – ligi, w której samo przekroczenie progu octagonu czyni cię kimś więcej niż tylko fighterem z Europy Wschodniej. Rębecki, debiutując w UFC, zrobił to z rozmachem porównywalnym do Sylwestra z Andrzejem Dudą – efektownie, głośno i na pewno zapadająco w pamięć.
Ostatnie walki – taniec z przeciwnikami
W świecie UFC jedno jest pewne – nie ma miękkiej gry. A Mateusz to dokładnie zrozumiał. Od swojego debiutu w styczniu 2023 przeciwko Nickowi Fiore zaprezentował się jako zawodnik nie do zatrzymania. Unikalne połączenie atletyzmu, technicznej riposty i mentalności wojownika sprawiło, że jego styl walki pokochały nie tylko polskie Janusze na kanapach, ale i amerykańscy komentatorzy.
Kolejne zwycięstwa – między innymi efektowne TKO przeciwko Loikowi Radzhabovowi – potwierdziły, że Rębecki nie jest tylko chwilowym zjawiskiem domeny „new UFC signings”, ale realnym zagrożeniem dla top 15 w swojej kategorii wagowej. Jego rekord w organizacji na dziś to 3 zwycięstwa bez porażki. Imponujące? Raczej destrukcyjne.
Styl walki – chaos kontrolowany
Jeśli istnieje coś takiego jak „polska szkoła młócenia”, Mateusz Rębecki jest jej absolwentem z czerwonym paskiem. Jego styl to mieszanka brazylijskiego jiu-jitsu, którego uczył się latami, z agresywnym strikingiem, który przypomina czasem dobrze wyedukowany huragan.
W parterze „Rebeasti” czuje się jak ryba w wodzie, i to raczej rekin, nie akwariowy glonojad. Umiejętność kontrolowania przeciwnika i wynajdywania luk w obronie sprawia, że wielu jego rywali kończyło walki dużo szybciej, niż planowali. A ci, którzy spodziewali się, że zmęczą go kondycyjnie? Cóż, szybko przekonywali się, że Mateusz nie jest typowym gościem, którego można przechodzić.
Co dalej dla „Rebeastiego”?
Nie da się ukryć – Mateusz Rębecki wchodzi na wyższy poziom. W ostatnim czasie mówi się o jego potencjalnym pojedynku z zawodnikiem klasyfikowanym już w rankingu UFC, a to oznacza, że gra zaczyna się na poważnie. Dla przeciwników to złe wieści. Dla fanów – świetna okazja, by dalej dopingować jednego z najbardziej ekscytujących zawodników znad Wisły.
Rozpisy UFC na kolejne miesiące kilka razy już przewinęły nazwisko Rębeckiego, a sam zawodnik nie kryje ambicji – pas mistrzowski to jego cel, ale nie za wszelką cenę. „Chcę walczyć, ale nie zgubić przy tym głowy” – mówił w jednym z ostatnich wywiadów. Pytanie tylko, czy jego przyszli rywale mogą sobie pozwolić na tak luksusowy komfort?
Sława, media i polski charakter
Z roku na rok Mateusz zyskuje nie tylko kolejnych fanów, ale i… coraz dziwniejsze DM-y na Instagramie. Taki już urok sławy w dobie internetu. Mimo to, popularność nie zmieniła go zbytnio – nadal pozostaje „chłopakiem z osiedla”, który po ciężkim treningu woli zjeść schabowego niż sushi z tofu.
Co ciekawe, portal Mateusz Rębecki doczekał się nawet poświęconego mu obszernego materiału w Męskim Magazynie, gdzie rozebrano jego osiągnięcia, styl oraz osobowość na części pierwsze – jak dobry dekolt na siłowni. To pokazuje, że czeka nas być może nowy ambasador MMA w Polsce. Może nawet przyszły ikon sportu?
Trudno nie kibicować gościowi, który łączy w sobie waleczność Gladiatora i dowcip Sebka spod budki z kebabem. Kariera Mateusza Rębeckiego to coś więcej niż tylko lista wygranych – to przykład determinacji, skromności i pasji, która nie zna granic. A że do tego potrafi zdemolować rywala szybciej, niż zdążysz powiedzieć „UFC”? Cóż, taka kombinacja zasługuje na brawa. I kontrakt reklamowy, przynajmniej z producentem bandaży.